Wtorek, Listopad 09, 2010, 21:28

Portret

Któregoś dnia, ale jeszcze nie dziś, wezmę do rąk ołówek. Szybkimi pociągnięciami zakreślę owal twojej twarzy. W oczach zamknę obicie ciepła i uśmiechu. Grą światła i cienia rysować będę ciekawość i tajemnicę. Ustom pozwolę na odrobinę kpiny i nutę zmysłowości. Brwi uniosą się jakby w markowanym zaskoczeniu. Włosom dodam tej kociej miękkości domagającej się głaskania.
I tak z każdą kreską bliżej twojej duszy... a może własnej?

[ Skomentuj ]

 

Wtorek, Październik 12, 2010, 00:05

Escape

Księżyc świecił, lecz jego zimny blask
Był jak ognie Elma, co na masztach płoną...
*

Niezliczone kałuże lśniły bladym blaskiem, a nieruchome tafle odbijały świat jak milion zwierciadeł, powielając raz za razem wątłą postać.
- Świat sto pierwszej kałuży. Ciekawe, która mnie pochłonie - pomyślała sarkastycznie.
Jeśli są w życiu takie momenty, kiedy nie pozostaje nic innego niż uciekać, to był jeden z nich. Nawet jeśli oznacza to bieg na bosaka w cienkiej koszuli w chłodzie nocy. Tuż po ulewnym deszczu. Bo przecież nie mogłoby być już gorzej, prawda?
Znowu ich usłyszała. Drgnęła przestraszona, przywołując się do rzeczywistości. Mogło.
Raz, dwa, trzy... byle szybciej, byle do przodu, byle uciec. Jak najdalej.W końcu stawką było życie.
Bose stopy uderzające w wodę, mącące spokój, powoli słabnące rozbryzgi, tak by po chwili nikt nie zobaczył. I ona, zbyt mała, zbyt drobna i zbyt uparta.
Serce waliło jej głucho. Zadrżała z zimna.
Byle wytrwać do świtu. Nie wiedziała dlaczego, ale to miało znaczenie. Gdy tylko rozbłysną pierwsze promienie słońce wszystko zniknie.
Ciszę nocy przeszyło przerażające wycie. Zamarła w bezruchu. Chmury znowu przysłoniły księżyc.
Czuła jak lodowata obręcz strachu zaciska się, nie pozwalając jej oddychać. Chciała zamknąć oczy, skulić się i zniknąć. Bo przecież to wszystko to jakiś koszmarny sen. Musi tylko poczekać aż się obudzi.
Odwróciła się. Kałuże lśniły złowrogo w bladym blasku. Czy tam na skraju lasu kogoś widziała?
Wdech, wydech... Głośny trzepot sprawił, że prawie krzyknęła. Nietoperz. Cholerny nietoperz!
Znowu zapadła ta dziwna, nierealna cisza. Jakby cały świat wstrzymał oddech. Tylko jej serce tłukło się głośno. Krew pulsowała w żyłach zbyt szybko.
Przecież nic nie zrobiła! Dlaczego?!
I gdy już była gotowa uwierzyć, że nie ma na tym świecie nikogo poza nią, po raz kolejny ciszę rozdarło to przeraźliwe wycie. Wilki? Albo... Nie, to niemożliwe. Głosy. Ciągle jej szukali.
Poderwała się do biegu. Poczuła pod stopami mokrą trawę. Gałęzie chłostały jej ciało. Zaplątała się w jakieś pnącza. Chyba jeżyny, bo czuła jak ostre kolce rozdzierają skórę. Nie ważne. Byle biec. Trzeba wpaść w rytm i nie myśleć.
W lesie było cieplej i mglisto. Promienie księżyca malowały nieskończoną ilość cieni. Głosy powoli cichły.
Stopy zatapiały się w rozmokniętej ziemi, to znów uderzały o głazy. Plątały się w paprociach. Zwolniła, by po chwili się zatrzymać. Wdech, wydech... spokojniej. Wolniej. Drżała. Nie wiedziała czy z zimna czy ze strachu.

Cienie wykrzywiały się do niej. Drzewa pochylały jakby chciały pochwycić. Stopy grzęzły coraz bardziej. Nasłuchiwała. Jej serce. Stuk puk. I spadające krople kap, kap. I cisza. Kap, kap. Ani jeden ptak nie zaskrzeczał, ani jedna sowa nie zahukała. Nic.
Może zrezygnowali? Przecież nic nie znaczyła. Zupełnie nic.
Ruszyła znów przed siebie. Niespiesznie.
Nie wiedziała gdzie jest, ani dokąd zmierza.
Czas płynął gdzieś poza nią. Minęła minuta, może cała wieczność, gdy ciszę rozdarł tak przerażający krzyk jakiego nigdy w życiu nie słyszała. Zerwała się do biegu. Szaleńczego, panicznego biegu. Jakiś konar. Potknęła się. Świat rozpłynął się w bólu.

Ktoś nią potrząsał. Nie miała odwagi otworzyć oczu. Nie chciała.
Przestań! Daj mi spokój! - krzyczała bezgłośnie.
Znowu odpłynęła.

Czy to ciepło, czy może wilgoć sprawiły, że w końcu otworzyła oczy.
Leżała na mokrej trawie tuż nad niewielkim stawem. Słońce zalewało polanę snopami złotego światła. Poranna mgła wirowała pasmami wokół niej. Miała pełne garści ziemi i trawy. Gdzie była? Jak się tutaj znalazła?
Pochyliła się nad wodą, w lustrzanej tafli zobaczyła odbicie dziewczęcej twarzy, krótkie, jasne, poszarpane włosy i duże, przestraszone oczy.
Patrzyła jakby próbowała sobie przypomnieć kto to jest. Nagłe ukłucie. Niespodziewanie uwolnione emocje.
W końcu poznała swojego prześladowcę.
There is no escape.



*- 'Sny w Hadesie', fragm. cz. pierwszej
Gustaf Fröding

[ Skomentuj ]

    dalej »  

Script by Alex